podsumowanie,  życie

Dlaczego straciłam radość z urlopu, który zapowiadał się świetnie

W tym roku wyjątkowo wcześnie, jak na nas, zaplanowaliśmy gdzie i jak spędzimy 3 tygodnie urlopu. Już w marcu  bilety na lipcowy lot były kupione. Trasę tegorocznej wyprawy rowerowej narysował na Mapie Google mój Mąż; wyglądała imponująco – łącznie mieliśmy przejechać około 1500 km. Nie jest to może jakiś szalony dystans, ale kalkulowaliśmy tak, żeby nie musieć spinać się za bardzo i dziennie robić około 85 km. Mierzyliśmy też siły na zamiary wiedząc, że jedziemy w cieplejsze klimaty i jeździć będziemy mogli tylko w określonych porach dnia. Nie chcąc wozić z sobą jedzenia tylko korzystać z dobrodziejstw regionów, do których się wybieraliśmy, zakupiliśmy prowiant na pierwsze 3 dni, zapakowaliśmy totalnie niezbędne minimum i nasz bagaż nie przekroczył w sumie 18 kg. Trzeba przyznać, że z roku na rok jesteśmy coraz lepsi w organizowaniu się na wyjazdy.
Z językiem na brodzie wyczekiwałam dnia odlotu. Wyczerpana i zmęczona codziennością liczyłam na 3 tygodnie cudownego odpoczynku psychicznego, bo pewne było, że fizycznie to my nie odpoczniemy:)
Schemat jak zazwyczaj – rowerami na stację pkp, pociągiem na lotnisko, tam rozkręcanie i owijanie rowerów w kilometry folii spożywczej, żeby przeszły odprawę, odprawa i lot. Mój M. bardzo nie lubi tego etapu i czuje się wyluzowany dopiero jak odbieramy bagaż i upewniamy się, że wszystko jest na swoim miejscu.
Tym razem było podobnie, na szczęście lot trwał tylko kilka godzin, a sprzęt doleciał bez uszczerbku.
Pierwsze dni dały nam mocno popalić – poszukiwania właściwej drogi i ślęczenie na GPSem, kręcenie dodatkowych kilometrów, męcząca pogoda, szereg awarii rowerowych z moim pękniętym kołem na czele. W tym roku jakoś wyjątkowo nie potrafiłam się „wyłączyć” i nieustannie gdzieś mi tam przelatywały myśli, których nie zapraszałam. Choć celowo uprzedziłam znajomych, że nie będę sprawdzać maili ani FB i trzymałam się tej zasady non stop, mój mózg dość długo był jeszcze „w domu”.
Do pewnej frustracji, spowodowanej kiepskim początkiem, doszedł ból pewnej tylnej części ciała. Ból, który rozwinął się do tego stopnia, że autentycznie nienawidziłam siodełka i roweru jako takiego. Dziwne, bo jeździłam na nim już kilka lat. Może mi po prostu tyłek za bardzo schudł:)
Doszedł też pewien wyścig z czasem – trzeba było wstać wystarczająco wcześnie, szybko się zebrać i ruszyć, uciekać przed spiekotą (co nie zawsze się udało), potem zrobić zakupy w sklepie i dojechać do miejsca spoczynku zanim ktoś nas uprzedzi i usłyszymy, że już nie ma dla nas miejsca.
Któregoś dnia, mniej więcej po połowie drogi, głośno i wyraźnie wyartykułowałam Mężowi jedno zdanie: „Jeśli w przyszłym roku przyjdzie mi do głowy, żeby na urlop jechać na rowery – przypomnij mi ten dzień. Jestem na NIE.” Miałam dość. Kiedy głębiej zastanowiłam się nad tym czego konkretnie mam dość odpowiedź była dla mnie w sumie trochę smutna – miałam dość scenariusza, który powtarza się od pięciu lat – urlop wygląda podobnie, choć odwiedzamy inne miejsca i spotykamy innych ludzi. Tak czy inaczej dzień do dnia jest podobny, schemat jest podobny. Generalnie główna myśl to „trzeba jechać”, bo albo zamknięty już będzie sklep, albo będziemy jechać po ciemku, albo nie znajdziemy noclegu (nie rezerwujemy nigdy miejsc z wyprzedzeniem, bo nigdy nie wiadomo, gdzie dojedziemy danego dnia). Do tego doszło mało fascynujące codzienne menu. Nie chcąc jeść śmieci, a nie mając budżetu na żywienie się w knajpach, kupowaliśmy warzywa, owoce, strączki, ryż (kaszy nie znaleźliśmy!), omijaliśmy szerokim łukiem półki z gotowym jedzeniem, słodyczami, chlebem i mlekiem (te dwa ostatnie z powodu nietolerancji), ale przyszedł moment, że ogarniała nas niechęć na samą myśl o posiłku, bo znów jedlibyśmy to samo. Soczewica/ciecierzyca + pomidor + oliwki, + sałata + oliwa. Jedzenie w Polsce mamy bardzo, bardzo urozmaicone w porównaniu z niektórymi krajami europejskimi.
W ostatnim tygodniu już sama odpuściłam i zajadałam się chlebem z serem i oliwą, a wieczorami świętowaliśmy kolejny przeżyty dzień białym winem albo Guinessem z myślą, ze po powrocie przejdę post Daniela i oczyszczę organizm.
Mój M. też stwierdził, że w sumie to chętnie zrobiłby coś nowego w ramach odpoczynku. Pięć lat z rzędu wakacje pod znakiem dwóch kółek nam wystarczają. Przynajmniej na ten moment.
Po urlopie stwierdziliśmy, że dobrze było na niego wyjechać, ale jeszcze lepiej wrócić:)
***
Żeby jednak nie wyszło na to, że jestem marudą i malkontentem podzielę się dwoma odkryciami:
MATE.O
Pierwsze to płyta Mate.O pt. „Akustycznie”. Zapis koncertu. CUDOWNA! Do tej pory kojarzyłam go głownie z występów z TGD, ale po wielokrotnym przesłuchaniu świetnie zaaranżowanych i zagranych utworów o bogatej treści i dobrym przesłaniu Mate.O zyskał nową fankę:) Mateusz Otremba, prywatnie mąż Natalii Niemen, która także pojawia się na płycie, prowadzi też bardzo miłą konferansjerkę. Dla mnie całość to majstersztyk.

Podrzucam link do jednej z piosenek – „Usiądź przy mnie”:

POPROSZĘ NIEBO

Drugie odkrycie to cykl konferencji wygłoszonych przez trzech liderów wspólnot chrześcijańskich – Marcina Zielińskiego, Karola Sobczyka i Krzysztofa Demczuka pod wspólnym tytułem „Poproszę Niebo”. Płytę z zapisem konferencji wydała Fundacja Malak. Według mnie powinien wysłuchać jej każdy chrześcijanin i wracać do niej regularnie. Marzę, żeby cały Kościół wyglądał właśnie tak, jak opisują go panowie, żeby pełen był Ducha Świętego, Chwały Bożej, radości, mocy i jedności.

Jaki mamy pomysł na kolejne wakacje?
Na razie żaden. Ale wiemy, czego nie chcemy:)

I mamy nadzieję, że przebieg przyszłego urlopu podyktuje nam już nowy członek naszej rodziny:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *